Ekologiczne rolnictwo to przyszłość

   Trudności ze zbytem, ale coraz więcej chętnych do ekologicznego gospodarowania - tak w skrócie można podsumować konferencję na ten temat, która po raz czwarty odbyła się w Wieluniu.

   Podczas konferencji Michał Kiczka rozmawiał z rolnikami, którzy uzyskali już certyfikaty uprawniające do ekologicznej produkcji.

MK: Warto było przestawić się na tego typu produkcję?

Bronisław Kostrzewa z Raduckiego Folwarku: Raczej tak, jestem zaskoczony niektórymi efektami i nawet niektórzy sąsiedzi pytają mnie: coś tam zasiał, że Ci tak ładnie urosło i plonowało? Odpowiadałem, aby stosowali mikroorganizmy, które sam stosuję w uprawach i efekty są znakomite. Bardzo zresztą mi się podobał wykład pana Sławomira Gacki o MM, czyli mikroorganizmach. Powiedział to, co powinniśmy wiedzieć, a przez tyle lat o tym zapominano w agrotechnice i uprawie gleby. Gdyby to jeszcze wszystko zapamiętać i zastosować w gospodarstwie, to efekty byłyby z pewnością. Ja np. w swoim gospodarstwie nie używam już nawozów, tylko stosuję opryski z mikroorganizmami. Mam już własne dwie beczki, w których one na słońcu dojrzewają.

MK: Jest zbyt na produkty ekologiczne?

BK: Ja jeszcze niestety nie sprzedałem nic jako produkty ekologiczne. Sprzedaję po normalnych cenach zboże do młyna, a chrzan do przetwórni w Działoszynie. Mam za małe partie towarów, aby współpracować z firmami ekologicznymi, które potrzebują dużo surowca.




MK: Trudno zdobyć certyfikat uprawniający do produkcji ekologicznej?

Kazimierz Drabicz z Krzeczowa: Nie, wystarczy spełnić odpowiednie wymagania, takie jak np. niestosowanie nawozów mineralnych, środków ochrony roślin czy stosowanie nasion pochodzących z upraw ekologicznych.

MK: Praca jest chyba cięższa niż w gospodarstwach ekstensywnych?

KD: Na pewno tak, tam wystarczy raz opryskać i mamy czyste pole od chwastów. W moim przypadku wykonuję to mechanicznie. Stosuję zabieg bronowania, który trzeba czasem wykonać nawet trzykrotnie. Podobnie w uprawie ziemniaka, a gdy nie usunie się wszystkich chwastów, wtedy trzeba korzystać z narzędzi ręcznych. To czas i pieniądze na paliwo, bo trzeba trzy razy jechać w pole, ale z kolei oszczędność na środkach ochrony roślin, które są przecież bardzo drogie.

MK: To co pan usłyszał o mikroorganizmach, które przecież występowały w pożywieniu naszych przodków, co pan o tym sądzi? Ja przyznam się od dawna nie jadłem żurku na naturalnym zakwasie, a bardzo mi dawniej smakował?

KD: To prawda. W tym przypadku najlepiej to zrobić samemu, trzeba zmieszać mąkę żytnią z otrębami i zakwasić je w glinianym dzbanie, pozostawić na dwa tygodnie, tak jak robiły to nasze babcie i zakwas gotowy. Ja sam muszę przyznać, że mięso ze świni, którą hodowałem na koncentratach i paszach jest inne od tego, które jest ze świni, którą karmiłem metodami tradycyjnymi. Z mięsa tej karmionej paszami leciała woda, z tradycyjnych metod - to mięso było suche. Ono całkiem inaczej smakuje. To, co kupi się w sklepie, jak nie włożymy do lodówki, to się zepsuje. Wcześniej nasi dziadkowie nie znali lodówek i potrafili bez tego mięso przechować.

MK: Ja nawet słyszałem, że rolnicy, którzy mają duże fermy trzody chlewnej, to na swoje potrzeby kupują od tych hodujących świnie metodami tradycyjnymi?

KD: Tak jest, na sprzedaż są inne produkty, a na własne potrzeby inne. Tak było i jest i nie ma się co czarować.


REDAKCJA PORTALU radiozw.com.pl NIE ODPOWIADA
ZA TREŚĆ KOMENTARZY ZAMIESZCZANYCH PRZEZ INTERNAUTÓW

REKLAMA